10 maja

Tajemnica piosenki Madonny "La Isla Bonita" rozwiązana!

Tajemnica piosenki Madonny "La Isla Bonita" rozwiązana!

“UWAGA: Hotel znajduje się na La Palmie (Wyspy Kanaryjskie); NIE w Palmie na Majorce ani Palmie na Gran Canarii”, czyli o tym, jak pojechałam na praktyki, nie do końca wiedząc, gdzie w ogóle jadę. 


Bananowce na La Palmie


Nie widziałam słońca od bardzo dawna. Moje myśli powoli przykrywają się otoczką gęstych, szarych chmur, które bezustannie prześladują mnie zza okna, a to zdecydowanie sprzyja namnażaniu się bakterii niechcemisienizmu. 

W takie dni (ba! tygodnie i miesiące ciągnące się jak mordoklejka) powracam na ten maleńki skrawek świata, gdzie endorfiny nie zapadają w sen zimowy. Powracam, niestety, jedynie myślami, choć oddałabym wiele, by moje zmarznięte ciało również się tam znalazło. 

Ten maleńki skrawek świata to La Palma, wysepka o wielkości może Wrocławia i Krakowa razem wziętych. Jedna z mniej znanych i odwiedzanych Wysp Kanaryjskich, która swoimi krajobrazami, odmiennością i ciszą zakochuje i wprawia w zachwyt. Nie bez powodu jest ona nazywana również La Isla Verde (Zielona Wyspa) czy też La Isla Bonita (Piękna Wyspa). O, tak! To właśnie o tej wyspie śpiewa Madonna w piosence "La Isla Bonita" 😄. Być może dzięki temu, że wciąż dociera na nią stosunkowo niewielu turystów i nie jest tak powszechnie znana jak Teneryfa czy Gran Canaria, La Palma zachowuje swój nieco dziki, ale niezwykle urzekający charakter.


Trasa wulkaniczna na La Palmie

Trasa wulkaniczna - La Palma

Santa Cruz de La Palma


La Palma to raj na ziemi 

La Palma była moim domem przez prawie cztery miesiące i, muszę przyznać, przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Zakochałam się w niej, kiedy tylko wysiadłam z promu, przemierzyłam obszerny parking w porcie i wsiadłam do taksówki. Przywitały mnie niesamowite, nieskalane ludzką ręką widoki, rytmiczna muzyka płynąca z radia i serdeczny pan taksówkarz, który w trakcie około 40-minutowej podróży opowiedział mi zarówno historię wyspy, jak i wymienił całą listę najciekawszych miejsc, które koniecznie musiałam zobaczyć. Słuchałam jak zahipnotyzowana, jednocześnie analizując swoje szanse na zrozumienie kolejnej odmiany hiszpańskiego, która od pierwszego zdania zdobyła moje serce, ale, jak to bywa z miłością, przysporzyła mi na początku niemało bólu. 


Widok na La Palmę


Przypadki tworzą najlepsze historie

Ale od początku - jak zaczęła się moja przygoda z La Palmą? Otóż tak, jak zaczynają się najwspanialsze przygody w życiu, czyli… przypadkiem! Był styczeń, było zimno, ponuro, a w najbliższej perspektywie widziałam jedynie długie wieczory pełne pozbawionych ekscytacji chwil nad pracą magisterską. Pomysł kiełkował we mnie już od dawna, ale to wtedy w końcu zaczęłam działać i wysłałam swoją aplikację na praktyki z programu Erasmus +. Nie miałam celu, wymagań czy szczególnych preferencji. Jedyne, czego chciałam to Hiszpania. Proces rekrutacyjny był dość długi, przechodziłam pozytywnie rozmowę za rozmową i nareszcie dostałam ofertę - recepcjonistka w czterogwiazdkowym hotelu na La Palmie. 


Hotel Princess na La Palmie

“Wow! La Palma! Brzmi świetnie! Ale… gdzie to właściwie jest?” - pomyślałam. I nie byłam jedyna, ponieważ instrukcje, które otrzymałam z hotelu już po akceptacji oferty mówiły głośno i wyraźnie: “UWAGA: Hotel znajduje się na La Palmie (Wyspy Kanaryjskie); NIE w Palmie na Majorce ani Palmie na Gran Canarii”. 

La Palma - ale właściwie gdzie to leży?

Zanim doszło jednak do mojej decyzji, musiałam się dowiedzieć, co to za miejsce, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Przyznam szczerze, że do tamtej pory nie kojarzyłam nazw wszystkich Wysp Kanaryjskich, więc byłam niemało zaskoczona, kiedy mapy pokazały mi właśnie jedną z nich. 

La Palma widok z satelity

La Palma wśród Wysp Kanaryjskich

La Palma w świecie


Na początku ogarnęło mnie podekscytowanie, jednak po pierwszych poszukiwaniach jakichkolwiek informacji, moje emocje nieco opadły i ekscytację zastąpiło wahanie. Mała wysepka na końcu świata, brak jakiegokolwiek bezpośredniego połączenia, pięciogodzinna podróż promem z Teneryfy o szóstej rano, a do tego jakieś czarne plaże… Nie wyglądało to tak zachęcająco jak zdjęcia Majorki, które wyświetlały się tuż obok.

Plaże na La Palmie

Wulkaniczne plaże na La Palmie

Skaliste wybrzeża La Palmy

Dlaczego zdecydowałam się pojechać na praktyki na drugi koniec świata i to na wyspę, na której praktycznie nic się nie dzieje? Powód był bardzo prosty, ale mnie przekonał niemal od razu - ponieważ gdyby nie to, prawdopodobnie nigdy bym tam nie trafiła. 

A było warto, bo La Palma to niesamowite miejsce!!! 

La Palma Los Tilos wodospad

Roque de los Muchachos na La Palmie


A Wy byliście kiedyś na La Palmie albo którejś z Wysp Kanaryjskich? Jak Wam się podobało?


26 kwietnia

Powiew Buenos Aires

Powiew Buenos Aires



Czyli jak poznałem, czym jest Tango


Znacie to uczucie, kiedy spełniają się Wasze marzenia? A jeśli by tak połączyć dwie pasje: miłość do muzyki i języka, a przy tym poznać wspaniałych ludzi i ich kulturę?



Była połowa kwietnia, właśnie zeszliśmy ze sceny po kolejnym koncercie z Kumbią. Czarny Kot pękał w szwach i tlen skończył się już dawno. Wyszedłem na zewnątrz zaczerpnąć powietrza i podszedł do mnie Ariel. Znaliśmy się wcześniej głównie z widzenia. Bywałem na jego koncertach, on pojawiał się na naszych próbach, a czasami mijaliśmy się w Księgarni Hiszpańskiej, wymieniając zdawkowe hola albo inne półsłówka w których więcej było kurtuazji niż liter. Tym razem rozmowa też nie była długa:

- Tú no quieres tocar tango? - zapytał swoim argentyńskim akcentem.

Chciałem. I tak to się zaczęło.









Tango w dwóch słowach


Ponieważ późną wiosną kalendarz Kumbii był zapełniony, minęły niespełna 3 miesiące zanim ponownie spotkałem się z Arielem w jego mieszkaniu na Ołbinie. Towarzyszyła nam obowiązkowa mate oraz oraz snująca się z głośników muzyka. Zanim tak naprawdę dobrze usiadłem, Ariel niemal na jednym oddechu opowiedział jak wygląda organizacja u niego w zespole i czego ode mnie oczekuje. Potem przeszliśmy do muzyki. W ciągu pięciu minut okazało się, że moje pojęcie o tangu jest znikome, co jednak nie zraziło Ariela. Wymieniał kolejne utwory, które koniecznie chciał grać, wyszukiwał je na Youtubie, a potem odstawiał matero, chwytał bandoneon, a ja starałem się chłonąć każdy dźwięk, jakby był magicznym wytrychem, dzięki któremu przenosiłem się w rytmiczny świat elegancji i namiętności. Właśnie tak określiłbym tango w dwóch słowach: elegancja i namiętność.






Trudne początki


Po tym pierwszym spotkaniu z mieszkania Ariela wyszedłem pozytywnie nastawiony. Głowa pełna pomysłów i planów najbliższe tygodnie oraz teczka pełna nut. Wróciłem do domu, gdzie od razu zabrałem się do pracy. Kilka partytur było kopią kopii kopii rękopisu przepisanego pewnie przez kalkę, toteż wymagało przepisania na nowo. Z każdym dniem moje nuty pokrywała kolorowa mapa oznaczeń. Wciąż nie mieliśmy jeszcze pełnego składu zespołu, a dodatkowo stłukłem nadgarstek i przez 3 tygodnie grałem głównie lewą ręką. Pojawił się Paweł, basista, z którym mogliśmy pracować nad muzycznymi detalami. Mimo bólu ręki, który mocno ograniczał moje możliwości, całość zaczęła nabierać kształtów. 






Moje pierwsze tango


Spośród wszystkich utworów, do których nuty otrzymałem od Ariela podczas pierwszego, ale także kolejnych spotkań, większości nie znałem. Do tej pory tango kojarzyło mi się głównie z Astorem Piazzollą. To właśnie jego Oblivion jako pierwszy poszedł na warsztat. Spokojny, prosty i klimatyczny, w którym nie brak miejsca na własną inwencję. Pozwolił nam wyczuć się wzajemnie i zgrać zespół, a jednocześnie zawsze pozostawia nam pole do interpretacji i improwizacji, a wszystko to na stabilnym gruncie. Potem poszliśmy w nieznane, a po tym magicznym świecie prowadził nas Ariel.






Czym jest tango?


Podczas gdy my doskonaliliśmy nasz warsztat, Ariel uzyskał certyfikat instruktora tanga wydany przez Związek Nauczycieli, Tancerzy i Choreografów Tanga Argentyńskiego. Jak nam później opowiadał, aby zdać egzamin nie wystarczy tylko znać kroków. Trzeba wykazać się znajomością kultury argentyńskiej, jej tradycji i historii. Bo tango to nie tylko muzyka z akcentem i panie w pięknych sukniach. Tango to wieloletnia tradycja wspaniałego narodu, jego duma i najbardziej, obok Messiego, rozpoznawalny znak. To przede wszystkim wspaniali ludzie, których spotykamy przy okazji każdego koncertu i festiwalu. To środowisko, w którym obowiązują zasady, z których najważniejsza jest taka, że każdy jest mile widziany. Raz komuś pomożesz zawiązać krawat, innym razem ktoś pokaże ci podstawowe kroki i figury. Może się zdarzyć, że nagle obok ciebie na scenie pojawi się kędzierzawy jegomość z piwem w ręku i zapyta, czy może z tobą zagrać na 4 ręce.






Jak grać tango?


Mi się to zdarzyło: w czerwcu na festiwalu tanga w Brzegu. Tak poznałem Pablo Murgiera oraz resztę chłopaków z Los Milonguitas Tango. Niezbędna okazała się podzielność uwagi. Z jednej strony przedstawienie trwało, parkiet pełen par tańczących w rytm muzyki. Z drugiej stojące przede mną nuty, na których musiałem się skupić, aby ta muzyka miała rację bytu. Obok zaś Pablo - istna kopalnia pomysłów na interpretację - bawił się muzyką, nie oszczędzając przy tym klawiatury. Nagle poczułem się jak uczeń na letnich kursach. Jak zatem grać tango? Właśnie w ten sposób! Z fantazją, odważnie, ale zawsze tak, by tańczący wiedzieli, kiedy którą nogą postawić kolejny krok.








Czym jest tango dla Was? Mieliście już okazję tańczyć, słuchać albo może grać tango?







Leman





05 kwietnia

Erasmus, czyli dlaczego w Almerii jedzą kluski

Erasmus, czyli dlaczego w Almerii jedzą kluski


Wyjechałam na Erasmusa do Hiszpanii niemalże równo pięć lat temu. Miałam 20 lat, głowę pełną idealizmu i ambicji, nieskażoną jeszcze trudną rzeczywistością, która objawia się jakiś czas po studiach. Czułam, że mogłam wszystko. W dodatku chciałam się rozwijać, zapychać głowę hiszpańskością i ćwiczyć kastylijski akcent, który wówczas niesamowicie mi się podobał. Bo niby gdzie mam się nauczyć hiszpańskiego lepiej niż w Hiszpanii? Ale czy gdybym mogła cofnąć czas i zmienić swoją decyzję dotyczącą wyjazdu na Erasmusa, zrobiłabym to?


Tak.



Nie będziesz miała problemu, żeby się dostać na erasmusa” - mówili


Odkąd tylko zaczęłam studia, wszyscy znajomi ze starszych roczników namiętnie podkreślali jedną rzecz - zdecydowanie ogromnym plusem tych studiów był fakt, że praktycznie każdy miał szansę wyjechać na Erasmusa. Nie było konkursów, rozmów kwalifikacyjnych czy stu osób ubiegających się o jedno miejsce. Co prawda od naszych wyników na studiach zależało prawdopodobieństwo dostania się do wymarzonego miejsca, ale sam wyjazd był raczej pewny. 


Aplikacja na Erasmusa wcale nie była taka łatwa

Zabrałam się za wypełnianie dokumentów już w pierwszym możliwym momencie. Od początku wiedziałam, że zdecyduję się na semestr letni, ponieważ bałam się, że sobie nie poradzę, wyjeżdżając już na zimowy, po zaledwie roku studiów na filologii hiszpańskiej. Pamiętam wciąż tę ogólną ekscytację - podliczanie średniej, opis siebie, wybór miejsca… No właśnie, tutaj utknęłam. Gdybym się nad tym dłużej zastanowiła to powinnam była pewnie sprawdzić ofertę uniwersytetów, ich opinie, ofertę kulturalną danego miejsca, łatwość dotarcia tam z Polski… Oczywiście. Zamiast tego sprawdziłam położenie, dostęp do morza i średnią temperaturę roczną. W ten sposób wybrałam Almerię.

Promenada w Almerii


Czy Almeria na semestr Erasmusa to był dobry pomysł?

Almeria nie jest może centrum Hiszpanii ani erasmusowego świata, ale uroku zdecydowanie jej nie brakuje. To całkiem spore (choć, jak na te rozmiary, słabo zaludnione) miasto na południowo-wschodnim krańcu Hiszpanii. Almeria jest stolicą jednej ze wspólnot autonomicznych w Andaluzji. Pewnie gdybym miała choć trochę wiedzy o współczesnej Hiszpanii, wiedziałabym, że Andaluzja charakteryzuje się dwoma rzeczami - flamenco i cholernie trudnym do zrozumienia akcentem. Niestety takiej wiedzy nie posiadałam i do podjęcia decyzji o wyjeździe wystarczyła mi bliskość plaży i ciepełko. A szkoda, bo może zastanowiłabym się dwa razy. Efekt był taki, że na każdym kroku słyszałam (jak już zrozumiałam, czyli średnio za piątym razem), że jeśli zrozumiem akcent z Almerii to nie będę miała problemów ze zrozumieniem żadnej innej odmiany hiszpańskiego. Łatwo im mówić, to nie oni stali w supermarkecie bite 5 minut wlepiając okrągłe jak pięciozłotówki gały w sprzedawczynię, która starając się nie wypluć czterech, ogromnych klusek zapytała czy chciałabym reklamówkę. 

Almeria z góry

Zamek w Almerii

Pomnik Jezusa w Almerii


W Almerii wszyscy jedzą kluski

Naprawdę. I to bez przerwy, w dodatku mielą je, jakby były mordoklejkami. Słowo daję, przecież nie ma innego wytłumaczenia na to, że ktoś w taki sposób wypowiada słowa. Jeśli kojarzycie scenę z kultowego „Misia” to na pewno wiecie, o czym mówię. Tyle że zamiast seksownego brytyjskiego akcentu wychodzi… almeriense. Musicie o mnie wiedzieć jedną rzecz - jaram się akcentami w hiszpańskim. Na długo przed tym, jak rozpoczęłam swoją filologiczną przygodę byłam zauroczona meksykańskim. Ba, nawet jeszcze na początku studiów kastylijski wydawał mi się zbyt grubo ciosany. Chcąc nie chcąc później się w nim zakochałam, przez co dążyłam do językowej czystości w swoich wypowiedziach. Nawet nauczyłam się seplenić! Dlatego właśnie, kiedy pojechałam do Almerii przeżyłam szok. Jak miałam niby wyćwiczyć swój kastylijski akcent, skoro tu nikt nie był nawet na tyle ambitny, żeby kończyć wyrazy? Na szczęście późniejsze życie, poznani latynosi i wyjazd na kolejną erasmusową przygodę skutecznie wyplenił ze mnie puryzm, oduczył seplenić i na nowo rozkochał w latynoskich wersjach akcentów. Ale o tym jeszcze Wam kiedyś opowiem ze szczegółami 😊

Widok na Almerię z Alcazaby

Alcazaba w Almerii

Czy na Erasmusie trzeba się uczyć?

Mój Erasmus upłynął pod znakiem domówek, na których zbierało się kilkadziesiąt osób, hektolitrów przelanego wina, Wielkanocy z pierogami z koziego sera, podpisywanych namiętnie flag Hiszpanii, podróży małych i dużych i nocy spędzanych w La Clásice. Przytyłam niebotyczną ilość kilogramów (grunt, że dzięki pysznemu jedzeniu), spaliłam skórę na seksowną czekoladę, a włosy urosły mi do pasa i rozjaśniały u nasady do pożądanego odcienia. 

Wielkanoc w Almerii

Widok na Almerię w Hiszpanii

Oczywiście wiele było przyjaźni zawieranych na całe życie, które jednak nie przetrwały próby czasu, parę chwil spędzonych przed laptopem w pokoju, a także sporo rozczarowań. Największe z nich pojawiło się wtedy, kiedy oczekiwania (i zasłyszane opowieści) zderzyły się z rzeczywistością i okazało się, że na Erasmusie jednak trzeba się czasem uczyć. Co prawda nie było tej nauki tak dużo jak na studiach w Polsce, ale była nieporównywalnie trudniejsza, kiedy budynek uniwersytetu mieścił się 200 metrów od morza. 

Droga na Uniwersytet w Almerii

Jeden z przedmiotów wymagał cotygodniowego zaangażowania, czytania niezliczonych stron tekstów i komentowania ich na grupowym forum, ale reszta przebiegała dość bezboleśnie… Do czasu. Przed egzaminem z jednego z przedmiotów zakuwałam dniami i nocami tylko po to, żeby zobaczyć na nim kompletnie nie to, czego spodziewali się chyba wszyscy i w dodatku z punktami ujemnymi za niepoprawne odpowiedzi. Fantastycznie. Zmarnowałam co najmniej trzy dni plażowania, ale przynajmniej udało mi się to zaliczyć, a później mogłam już cieszyć się wspaniałą pogodą, wycieczkami z moją ukochaną paczką erasmusów i wspólnymi kolacjami u Tío Toma.

Almeria nocą

Czy żałuję takiej decyzji wyjazdu na Erasmusa do Hiszpanii?

Często się zdarza, że ktoś pyta mnie, czy gdybym mogła cofnąć czas to zmieniłabym swoją decyzję dotyczącą wyjazdu na Erasmusa - nie wyjechała wcale, bo to przecież pół roku tak daleko od domu i przyjaciół albo zmieniła kierunek, jako że Almeria nie jest wcale centralnym ośrodkiem Erasmusów w Hiszpanii - moja odpowiedź pozostaje niezmienna: tak. 

Tak, gdybym mogła cofnąć czas i trochę pozmieniać w swojej przeszłości z czasów poprzedzających złożenie dokumentów, zrobiłabym to. Zmieniłabym datę, wyjechała już na semestr zimowy i została tam na cały rok.

Jeśli wciąż wahacie się czy warto wyjechać na Erasmusa to przestańcie. WARTO. 

Panorama Almerii Latynosi pod Lupą

Latynosi pod Lupą w Alcazabie w Almerii


Jeśli macie jakieś pytania dotyczące Erasmusa albo życia w Hiszpanii - pytajcie śmiało! Mieszkaliśmy w ramach Erasmusa w Almerii, Walencji i na Kanarach, pracowaliśmy pod Barceloną, a oprócz tego sporo podróżowaliśmy po całej Hiszpanii. Chętnie pomożemy, doradzimy i wesprzemy 😉



M.

19 marca

Latynoskie warsztaty w Hali Gwardii

Latynoskie warsztaty w Hali Gwardii

Wciąż nie do końca chcemy wracać do rzeczywistości po pełnym wrażeń początku marca, który dla nas oznaczał wyśmienitą zabawę i mnóstwo nowych doświadczeń, ale poprzedzony był tygodniami przygotowań i ciężkiej pracy nad tym, by wypaść jak najlepiej. Dzisiaj opowiemy Wam o tym, jakie warsztaty prowadziliśmy podczas Fiesta Latina w Halii Gwardii w dniach 2-3 marca, o której pisaliśmy w naszym poprzednim wpisie.



Latynosi Pod Lupą w Hali Gwardii


Tajemnicza wiadomość, czyli o tym, jak Latynosi Pod Lupą rozpoczęli współpracę z Halą Gwardii


Tak jak wspominaliśmy, wszystko zaczęło się od wiadomości, która pojawiła się w naszej skrzynce 3 stycznia, kiedy to dostaliśmy propozycję zostania partnerami weekendu latynoamerykańskiego organizowanego w Hali Gwardii w Warszawie. Bez wahania podjęliśmy temat - przede wszystkim była to dla nas świetna okazja do pokazania się szerszemu gronu odbiorców, nie tylko z Wrocławia, gdzie działamy na co dzień. Oprócz tego zawsze jesteśmy całym sercem za takimi inicjatywami, dzięki którym droga za ocean przestaje być tak niesprawiedliwie daleka. Przez pierwsze tygodnie mieliśmy ogromną burzę mózgów, by wymyślić, jakie warsztaty czy zajęcia moglibyśmy zorganizować zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Część pomysłów odpadła po konsultacjach z Halą Gwardii, kiedy dokładniej poznaliśmy charakter tego wydarzenia, jak i samego miejsca, a część została przyjęta niezwykle ochoczo, co dodawało nam skrzydeł. Z jeszcze większą energią zabraliśmy się więc do pracy. Wszystkie warsztaty konsultowaliśmy z naszymi znajomymi latynosami, z którymi pracujemy lub spędzamy czas wolny, żeby przedstawić wszystko jak najbardziej od kuchni, jak najbardziej realistycznie, uchylając rąbka latynoskich tajemnic. 


Leman z Latynosów pod Lupą w poncho i sombrero

Sobotnie warsztaty Latynosów pod Lupą przebiegały całkiem spokojnie

W sobotę postawiliśmy na warsztaty kulinarne, w których każdy mógł odnaleźć coś dla siebie. 

Latynosi pod Lupą warsztaty guacamole Hala Gwardii

Na pierwszy ogień poszły warsztaty parzenia yerba mate z Latynosami Pod Lupą


Jako że sami kupujemy mate kilogramami, szukamy coraz to nowszych smaków i właściwości i mamy coraz większą kolekcję naczynek i przyrządów do parzenia mate, wybór tego typu warsztatu był dla nas oczywisty. W dodatku sami lata temu poszliśmy na takie warsztaty, na których wszystkiego się nauczyliśmy i stwierdziliśmy, że taka wiedza nie może się zmarnować. W zasadzie idealnie się złożyło, bo akurat kończyły nam się zapasy mate, więc złożyliśmy po prostu nieco obszerniejsze zamówienie - łącznie 3,5 kg mate w 13 rodzajach.

Parzenie yerba mate Latynosi pod Lupą

Oprócz samej mate zabraliśmy ze sobą też nasze zbiory naczyń, w których parzymy mate - od zwykłych kubków, przez tykwy, ceramiczne matero, okute palosanto, yerbamos aż po… pomarańczę! Do tego obowiązkowo kilka bombilli i cała masa pozostałego sprzętu, która przyczyniła się do wypełnienia naszego auta po dach.

Warsztaty parzenia yerba mate Latynosi pod Lupą

Były to pierwsze z sobotnich warsztatów, więc na samym początku odczuwaliśmy lekką tremę, ale już po chwili tak rozkręciliśmy się w opowiadaniu o właściwościach mate i dokładnym sposobie jej parzenia, że zupełnie przestaliśmy się czymkolwiek stresować. Byliśmy w swoim żywiole, szczęśliwi, że ktoś czekał na nasze warsztaty, że przyszło tyle osób i tak fajnie nam się rozmawiało.


Warsztaty parzenia yerba mate Latynosi pod Lupą


Warsztaty parzenia yerba mate Latynosi pod Lupą Hala Gwardii    Warsztaty parzenia yerba mate z Latynosami pod Lupą w Warszawie


Po całej opowieści przyszedł w końcu czas na kulminacyjny element programu - parzenie mate. Każdy wybrał sobie swój smak i odebrał od nas niezbędny sprzęt, po czym zgodnie z instrukcjami przystąpił do działania. Na sam koniec uraczyliśmy się więc pyszną mate, porozmawialiśmy, a z tymi, którzy z nami jeszcze chwilę zostali, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie.

Warsztaty parzenia yerba mate Latynosi pod Lupą


Następnie przyszedł czas na warsztaty guacamole

Na kolejnych warsztatach czekała nas miła niespodzianka - czekało na nie grono dzieci, które nie tylko wiedziały, czym jest guacamole, skąd pochodzi i z czego się je przygotowuje, ale także próbowały już robić guacamole w domu! Byliśmy wniewowzięci. Z dużą pomocą dziewczynek wyjaśniliśmy reszcie grupy historię i ciekawostki na temat guacamole, a także możliwe warianty przepisu. Następnie szybko pokroiliśmy i rozdaliśmy wszystkim składniki i zabraliśmy się do rozdrabniania awokado. Było wesoło! Każdy dodawał takie składniki, jakie mu smakowały, dlatego nie było dwóch takich samych guacamole. Ale jedno łączyło je na pewno - były przepyszne! 

Warsztaty guacamole z Latynosami pod Lupą    Warsztaty guacamole z Latynosami pod Lupą w Halii Gwardii


Warsztaty guacamole z Latynosami pod Lupą w Warszawie


Latynosi Pod Lupą robią pokaz drinków latynoskich


Wieczorem postawiliśmy na zajęcia typowo dla dorosłych, w których chcieliśmy poopowiadać nieco o historii i ciekawostkach związanych z niektórymi z latynoskich drinków. Leman, z doświadczeniem i zacięciem barmańskim, nadawał się do tego idealnie. Wybrał i opracował 5 drinków: cuba libre, mojito, piña coladę, daiquiri, caipirissimę. Ku naszemu dużemu zaskoczeniu, na tych warsztatach na początku nie pojawił się nikt. Kiedy jednak przyszła do nas pierwsza grupka, zdaliśmy sobie sprawę, że ludzie błędnie zrozumieli tę część i myśleli, że po prostu sprzedajemy drinki. Swoją drogą okazało się, że z jednym z chłopaków poznaliśmy się we Wrocławiu podczas koncertu zespołu Kumbia Mać (o którym możecie sobie poczytać tutaj i jeszcze tutaj), więc od razu znaleźliśmy wspólne tematy. Tymi warsztatami kończyliśmy nasze sobotnie atrakcje jako Latynosi Pod Lupą. Leman pobiegł się przebrać i niedługo potem Hala Gwardii przepełniła się tańczącymi ludźmi, bo na scenę wkroczył zespół Faustina Calavera.



Pokaz drinków latynoskich Latynosi pod Lupą   Pokaz drinków latynoskich Latynosi pod Lupą Hala Gwardii Warszawa


Dostosowaliśmy się do sugestii Halii Gwardii, żeby niedzielę poświęcić dzieciom i był to strzał w dziesiątkę!

Całe rodziny przybywały z dziećmi do Halii Gwardii, żeby miło spędzić niedzielne popołudnie. Wiele z nich zainteresowało nasze stoisko, z czego byliśmy niezmiernie szczęśliwi.

Latynosi pod Lupą na Fiesta Latina w Hali Gwardii

Ozdoby na meksykański ołtarzyk na Święto Zmarłych to świetny pomysł na zajęcia dla dzieci

Oprócz tego, by dzieci bawiły się u nas wyśmienicie, chcieliśmy również, żeby dowiedziały się czegoś o kulturze krajów Ameryki Łacińskiej. Święto Zmarłych wydało nam się idealne, ze względu na jego różnorodność i zupełnie inny charakter niż ten nasz, polski. Wybraliśmy więc dwa kraje - Meksyk i Gwatemalę.

   Warsztaty z ozdabiania meksykańskiego ołtarzyka Latynosi pod Lupą Hala Gwardii


Warsztaty zaczęliśmy od przygotowywania kwiatków cempasuchil (czyli aksamitek), które zdobią meksykańskie ołtarzyki i nagrobki w tym szczególnym dniu. Akurat w tym przypadku nasze przygotowanie było proste, większość pracy należała do dzieci. Poradziły sobie z tym świetnie, wyszły nam barwne kwiatki, z których część ozdobiła nasz ołtarzyk.

Latynosi pod Lupą warsztaty w Hali Gwardii

Warsztaty z ozdabiania meksykańskiego ołtarzyka Latynosi pod Lupą

Ozdabiania meksykańskiego ołtarzyka Latynosi pod Lupą


Kolejna część obejmowała wycinanie tzw. papel picado, czyli kolorowych wycinanek z bibuły, którymi również dekorowane są ołtarzyki. Tutaj nasze przygotowanie zabrało nam kilka dni, ponieważ postawiliśmy sobie za cel wyciąć piękne, szczegółowe papel picado, żeby pokazać je dzieciom i ozdobić nimi nasze stanowisko. Wszystko było fajnie dopóki nie spróbowaliśmy wyciąć tych wszystkich maleńkich wzorów na cieniutkiej, delikatnej bibule. Początki były tragiczne, ale nie chcieliśmy się poddać, duma nie do końca nam na to pozwalała. Wycięcie dwóch obrazków zajęło nam około tygodnia, a maciupkie ścinki do dzisiaj odnajdują się w najmniej spodziewanych miejscach w mieszkaniu, mimo ciągłego sprzątania. Mimo wszystko efekty zdecydowanie wynagradzały nasz trud, chociaż wiedzieliśmy już, że z dziećmi na pewno zrobimy uproszczoną wersję, która również wyszła zachwycająco i ozdobiła nasze stanowisko.

Warsztaty papel picado Latynosi pod Lupą

Latynosi pod lupą warsztaty z kultury meksykańskiej

Wycinanie ozdób na meksykański ołtarzyk Latynosi pod Lupą

Gwatemalskie latawce są idealne, by aktywnie spędzić czas ze swoim dzieckiem

Warsztaty z gwatemalskich latawców Latynosi pod Lupą

Nie ukrywamy, że zainteresowanie tą częścią przerosło nasze oczekiwania. Ze względu na złożony proces tworzenia latawców, zwłaszcza na styl gwatemalski, nasze własne przygotowanie było przy tej części największe. Obawialiśmy się, że nie zdążymy na czas przygotować wszystkich patyczków, arkuszy bibuły, sznurków i pozostałych materiałów, z których korzystały dzieci. Zarywaliśmy noc za nocą, kładąc się niekiedy o 3-ciej nad ranem i wstając o 6-tej do pracy. Nie było lekko, nie ma co ukrywać, ale wciąż było to coś, co niesamowicie nam się podobało i, choć zmęczeni, nie mogliśmy się już doczekać naszego wyjazdu do Warszawy.

Jeszcze zanim na dobre rozstawiliśmy się w niedzielny poranek, przy stoisku padały pierwsze zapytania o latawce. Ze względu na niewielką przestrzeń, jaką mieliśmy do dyspozycji, a także dość sporą ilość materiałów, które musieliśmy przygotować, zmuszeni byliśmy wprowadzić limit uczestników, który przekroczyliśmy po pierwszych 3 minutach pracy. Nasze latawce były tak naprawdę tylko małymi modelami tego, co tworzy się w Gwatemali (gdzie rozmiary sięgają nawet 15 metrów!). Jako, że przygotowanie szkieletu wymagało większych zdolności manualnych, poprosiliśmy, by każdemu dziecku towarzyszył któryś z rodziców. I tutaj nastąpiło drugie zaskoczenie - odnieśliśmy wrażenie, że to właśnie rodzice mieli największą frajdę. Dla nas najważniejsze było chyba to, że przez pełną godzinę rodzice i dzieci wspólnie spędzili czas i razem stworzyli przepiękne prace. 

Warsztaty z gwatemalskich latawców Latynosi pod Lupą Warszawa    Warsztaty z gwatemalskich latawców Latynosi pod Lupą Hala Gwardii

Warsztaty z gwatemalskich latawców Latynosi pod Lupą Hala Gwardii Fiesta Latina


Piñata zawsze wywoła szał i poruszenie wśród dzieci

W przypadku naszej ostatniej atrakcji, czyli rozbijania piñaty tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać - mógł przecież nie przyjść nikt, a równie dobrze cała zgraja dzieci. Założyliśmy więc, że skoro mieliśmy do dyspozycji tylko jeden stół to na tej podstawie orientacyjnie obliczymy maksymalną liczbę dzieci i dostosujemy do tego rozmiar piñaty. Oczywiście już podczas warsztatów latawców gwatemalskich zdaliśmy sobie sprawę, że będzie o wiele, wiele więcej chętnych - co chwilę ktoś do nas podchodził i pytał, o której będzie rozbijanie piñaty, a wokół niej gromadziły się już dzieci, chcące wybadać, jak dużo cukierków mogło się zmieścić w środku i jak trudno będzie ją rozbić.

Latynosi Pod Lupą rozbijanie piniaty Hala Gwardii

Już jakieś 20 minut przed planowaną godziną powstał chaos, nad którym na szczęście udało nam się zapanować. Od samego początku zasady były wszystkim znane - chętni zapisywali swoje imiona na karteczkach, wrzucali je do specjalnej maszyny losującej zwanej sombrero, a my spośród wszystkich zgłoszeń wybieraliśmy trzy osoby, które na zmianę rozbijały piñatę.

Piniata Hala Gwardii Latynosi pod Lupą Fiesta latina

Piniata Latynosi pod Lupą

Zabawa była przednia. Zgromadziło się wokół nas mnóstwo ludzi, by chociaż poobserwować, co to za zamieszanie i kiedy uda się zbić tę kolorową piñatę. Nie było wcale tak łatwo, ale dzieciaki poradziły sobie doskonale i na koniec wszyscy zajadali się różnokolorowymi cukierkami. 

Rozbijanie piniaty na warsztatach Latynosów Pod Lupą

Piniata rozbita na stoisku Latynosów pod Lupą w Hali Gwardii

Wszystko, co dobre, szybko się kończy i warsztaty Latynosów Pod Lupą również dobiegły końca

Mamy nadzieję, że wszystkim uczestnikom podobały się nasze warsztaty przynajmniej w połowie tak, jak nam. Bawiliśmy się wspaniale, nauczyliśmy się na własnych potknięciach jak następnym razem to udoskonalić i wróciliśmy do domu z bagażnikiem pełnym nowych wrażeń i doświadczeń. Dziękujemy tym, którzy byli tam razem z nami. Czytacie to? Dajcie znać! Mamy nadzieję, że do zobaczenia wkrótce :)

Latynosi Pod Lupą w Halii Gwardii w Warszawie


A może interesują Cię warsztaty dla dzieci? Możemy robić latawce, kolorować, przygotowywać wspaniałe ozdoby, rozbijać ręcznie robioną, tradycyjną meksykańską piñatę i wspaniale się bawić!
Dla dorosłych też znajdziemy coś ciekawego. W Hali Gwardii nie daliśmy rady zrobić warsztatów typowo kulinarnych, ale to też potrafimy. Takie potrawy jak paella, domowa tortilla czy quesadilla nie są nam obce ;)



Zapraszamy do kontaktu! 


Tajemnica piosenki Madonny "La Isla Bonita" rozwiązana!

“UWAGA: Hotel znajduje się na La Palmie (Wyspy Kanaryjskie); NIE w Palmie na Majorce ani Palmie na Gran Canarii”, czyli o tym, jak pojech...