19 listopada

Hawana, czyli miasto kontrastów

Hawana, czyli miasto kontrastów

Kuba od dawna zawzięcie walczyła o pierwsze miejsce na naszej liście miejsc do zobaczenia. Jej rywalką do zaszczytnego pierwszego miejsca była Argentyna, która ustąpiła, byśmy mogli zobaczyć Kubę jeszcze z czasów socjalizmu. Bo choć od śmierci Fidela Castro minęły już trzy lata, a zmiany idą wielkimi krokami, na Kubie wciąż pełno jest przykładów socjalistycznych idei.



Przełomowy rok

Ten rok zdecydowanie zaliczamy do przełomowych. Zaczęło się od prowadzenia pierwszych latynoskich warsztatów, o których możecie przeczytać tutaj. Potem wzięliśmy ślub. A skoro był ślub, to musiała też być i podroż poślubna. Zgodnie doszliśmy do jednego, słusznego wniosku - jak jechać to po bandzie. Tak właśnie kupiliśmy bilety na Kubę.

Hawana po raz pierwszy - centrum

Po przeszło 20-godzinnej podróży, zaspani i pełni niedowierzania, że to naprawdę się dzieje, wylądowaliśmy w końcu na lotnisku w Hawanie. Była 1:00 w nocy, a temperatura powietrza przekraczała 30 stopni. Pierwsze dwa noclegi zarezerwowaliśmy jeszcze z Polski - miał to być czas na aklimatyzację i przetrwanie jet lagu. Po wymianie pieniędzy wsiedliśmy więc do taksówki i udaliśmy się prosto pod wskazany adres, marząc o prysznicu i odrobinie snu przed czekającymi nas dwoma tygodniami na Kubie.
 
Gdy potwierdzaliśmy rezerwację pomyśleliśmy “wspaniale, pokój z widokiem na ocean”. Kiedy przyjechaliśmy w nocy staraliśmy przekonać samych siebie, że ten depresyjny obraz spowodowany jest ogromnym zmęczeniem po długiej podróży oraz wywołanymi przez kryzys energetyczny ciemnościami, które spowiły znaczną część miasta. Nie musieliśmy czekać do rana, by zorientować się, że nasze okno nie wychodzi na plażę. Tak naprawdę nie wychodziło na nic, gdyż nie zostało uwzględnione w projekcie budynku, a jego brak zwinnie został zamaskowany przez ogromne lustro wiszące nad łóżkiem. Postanowiliśmy się nie zniechęcać i z samego rana, mimo padającego deszczu, wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy. Gdybyśmy mieli jednym słowem określić dzielnicę Centro to byłoby to "przykre". Mijane budynki krzyczały, błagając o odbudowę. Odrapane elewacje, pozapadane dachy, rozpadające się ściany to niestety widok powszechny - smutna pamiątka po huraganie Irma, który pustoszył wyspę w 2017 roku.


La Habana Centro

Przeszło nam przez myśl, że w Polsce taką pozbawioną oświetlenia, zapomnianą i rozpadającą się w rękach jak zamek z piasku dzielnicę omijalibyśmy szerokim łukiem bojąc się o swoje portfele i zęby. Tutaj jednak, jak zresztą na całej Kubie, mogliśmy się czuć bezpiecznie, a zęby mogły nam wybić jedynie nierówne chodniki. W dodatku pomimo przyjazdu w środku nocy wszyscy sąsiedzi w promieniu całego miasta doskonale wiedzieli kim jesteśmy i gdzie mieszkamy.

Hawana MaleconMalecón w centrum Hawany

 

Hawana po raz drugi - Vedado

Nasza druga wizyta w Hawanie nie była do końca częścią planu naszej podróży poślubnej, ale cel, który temu przyświecał wart był niewielkich modyfikacji. W czasie naszych karaibskich wakacji w Polsce odbywały się wybory parlamentarne, w których postanowiliśmy uczestniczyć nawet z drugiego końca świata. Może zadecydowało poczucie obowiązku, a może świadomość tego, że jechaliśmy do socjalistycznego kraju, którego mieszkańcy nie mieli przywileju, jakim są wolne wybory. W każdym razie przeorganizowaliśmy nasz wyjazd tak, by pojawić się w Ambasadzie Polski mieszczącej się właśnie w dzielnicy Vedado. 
 
Ambasada Polski na Kubie, HawanaLatynosi pod Lupą głosują w wyborach parlamentarnych

Po oddaniu głosów nadszedł czas na zwiedzanie.
 
Nowa Hawana, czyli spuścizna po Amerykanach to ogromne wille i ulice przypominające przedmieścia amerykańskich metropolii, gdzie dzieci całymi dniami bawią się na ulicach, a życie snuje się spokojnie. Tak zapewne było tutaj 50 lat temu, kiedy mieszkali tutaj właśnie Amerykanie. Po tych czasach pozostały odrapane, zaniedbane wspomnienia z odpadającymi tynkami, gdzieniegdzie pomalowane uniwersalną farbą w kolorze wyblakłej mięty lub gaciowego różu oraz wyjeżdżające zza rogu kaszlące spalinami ogromne Chevrolety i Buicki. 


Dzielnica willowa Vedado w Hawanie

Wille w Vedado na KubieWillowa dzielnica Vedado w Hawanie


Klasyczne samochody na Kubie


W samym centrum znajduje się ponad 50 hektarowy Cmentarz Kolumba. Nie możemy nie wspomnieć o centralnym punkcie wydarzeń końca lat 50-tych - Placu Rewolucji. Spodziewaliśmy się miejsca godnie upamiętniającego najważniejszy według wielu Kubańczyków moment w najnowszej historii kraju, gdzie tłumy słuchały przemówienia Fidela Castro. Jak każdego dnia, rzeczywistość nas zaskoczyła. Wprawdzie pierwszy w oczy rzuca się 120 metrowy monument Jose Martíego, ale sam plac to tak naprawdę pusta przestrzeń wylana betonem, na której próżno szukać choćby pamiątkowej tablicy.
 
Plac Rewolucji w Hawanie na Kubie

Che Guevara w HawanieCamilo Cienfuegos przy Placu Rewolucji w Hawanie

Vedado to dzielnica niewykorzystanego potencjału, smutny obraz niszczejących budynków i pustych sklepów. Ale ten drugi pobyt, choć krótki, sprawił, że zaczęliśmy postrzegać to miasto w innych barwach i z nadzieją czekaliśmy na ostatnie dni podróży, które mieliśmy spędzić właśnie w Hawanie.

Hawana po raz trzeci - kupieni!

Prawdziwe zwiedzanie Hawany mieliśmy zaplanowane na ostatnie dni naszego pobytu na Kubie i na szczęście tym razem trafiliśmy w dziesiątkę! Stara Hawana to wąskie, brukowane uliczki, przez które przedziera się karaibskie słońce. Widać, że to ta reprezentatywna część miasta, którą pewnie nie raz widzieliście na zdjęciach na instagramie. Oczywiście zdarza się natknąć na bardziej lub mniej zaniedbane miejsca, jednak zdecydowanie dostrzegaliśmy tu przede wszystkim wysiłek wkładany w renowację i upiększanie tej części stolicy.

Kapitol w Hawanie, stolicy Kuby

Stara Hawana na Kubie


Zabytkowe samochody na ulicach Hawany


Jest czysto, jest zadbanie, jest międzynarodowo i... nie kubańsko. Te widoki bardziej kojarzą się nam z włoskimi miasteczkami niż z Kubą, z którą przyszło nam obcować przez niemal dwa tygodnie. Tutaj czas płynął normalnie zamiast, jak w pozostałych miejscach, zatrzymać się klimatem i wystrojem na czasach PRL-u. Niemniej jednak, stara część Hawany, w którą inwestuje się najwięcej, zatarła w nas początkowe negatywne odczucia i rozbudziła nadzieję na to, że Kuba powróci do czasów swojej świetności. To miasto wręcz kipi potencjałem i niecierpliwie czeka na odbudowanie. I tak jak w przypadku postkomunistycznej Polski - potrzebuje czasu, by wszystkie te zmiany wprowadzić w życie. Czasu i pieniędzy.

La Habana Vieja brukowane uliczkiStara Hawana z klimatem

Socjalistyczny mural w Hawanie

Plaza de Armas w HawanieDorożki w Hawanie

10 maja

Tajemnica piosenki Madonny "La Isla Bonita" rozwiązana!

Tajemnica piosenki Madonny "La Isla Bonita" rozwiązana!

“UWAGA: Hotel znajduje się na La Palmie (Wyspy Kanaryjskie); NIE w Palmie na Majorce ani Palmie na Gran Canarii”, czyli o tym, jak pojechałam na praktyki, nie do końca wiedząc, gdzie w ogóle jadę. 


Bananowce na La Palmie


Nie widziałam słońca od bardzo dawna. Moje myśli powoli przykrywają się otoczką gęstych, szarych chmur, które bezustannie prześladują mnie zza okna, a to zdecydowanie sprzyja namnażaniu się bakterii niechcemisienizmu. 

W takie dni (ba! tygodnie i miesiące ciągnące się jak mordoklejka) powracam na ten maleńki skrawek świata, gdzie endorfiny nie zapadają w sen zimowy. Powracam, niestety, jedynie myślami, choć oddałabym wiele, by moje zmarznięte ciało również się tam znalazło. 

Ten maleńki skrawek świata to La Palma, wysepka o wielkości może Wrocławia i Krakowa razem wziętych. Jedna z mniej znanych i odwiedzanych Wysp Kanaryjskich, która swoimi krajobrazami, odmiennością i ciszą zakochuje i wprawia w zachwyt. Nie bez powodu jest ona nazywana również La Isla Verde (Zielona Wyspa) czy też La Isla Bonita (Piękna Wyspa). O, tak! To właśnie o tej wyspie śpiewa Madonna w piosence "La Isla Bonita" 😄. Być może dzięki temu, że wciąż dociera na nią stosunkowo niewielu turystów i nie jest tak powszechnie znana jak Teneryfa czy Gran Canaria, La Palma zachowuje swój nieco dziki, ale niezwykle urzekający charakter.


Trasa wulkaniczna na La Palmie

Trasa wulkaniczna - La Palma

Santa Cruz de La Palma


La Palma to raj na ziemi 

La Palma była moim domem przez prawie cztery miesiące i, muszę przyznać, przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Zakochałam się w niej, kiedy tylko wysiadłam z promu, przemierzyłam obszerny parking w porcie i wsiadłam do taksówki. Przywitały mnie niesamowite, nieskalane ludzką ręką widoki, rytmiczna muzyka płynąca z radia i serdeczny pan taksówkarz, który w trakcie około 40-minutowej podróży opowiedział mi zarówno historię wyspy, jak i wymienił całą listę najciekawszych miejsc, które koniecznie musiałam zobaczyć. Słuchałam jak zahipnotyzowana, jednocześnie analizując swoje szanse na zrozumienie kolejnej odmiany hiszpańskiego, która od pierwszego zdania zdobyła moje serce, ale, jak to bywa z miłością, przysporzyła mi na początku niemało bólu. 


Widok na La Palmę


Przypadki tworzą najlepsze historie

Ale od początku - jak zaczęła się moja przygoda z La Palmą? Otóż tak, jak zaczynają się najwspanialsze przygody w życiu, czyli… przypadkiem! Był styczeń, było zimno, ponuro, a w najbliższej perspektywie widziałam jedynie długie wieczory pełne pozbawionych ekscytacji chwil nad pracą magisterską. Pomysł kiełkował we mnie już od dawna, ale to wtedy w końcu zaczęłam działać i wysłałam swoją aplikację na praktyki z programu Erasmus +. Nie miałam celu, wymagań czy szczególnych preferencji. Jedyne, czego chciałam to Hiszpania. Proces rekrutacyjny był dość długi, przechodziłam pozytywnie rozmowę za rozmową i nareszcie dostałam ofertę - recepcjonistka w czterogwiazdkowym hotelu na La Palmie. 


Hotel Princess na La Palmie

“Wow! La Palma! Brzmi świetnie! Ale… gdzie to właściwie jest?” - pomyślałam. I nie byłam jedyna, ponieważ instrukcje, które otrzymałam z hotelu już po akceptacji oferty mówiły głośno i wyraźnie: “UWAGA: Hotel znajduje się na La Palmie (Wyspy Kanaryjskie); NIE w Palmie na Majorce ani Palmie na Gran Canarii”. 

La Palma - ale właściwie gdzie to leży?

Zanim doszło jednak do mojej decyzji, musiałam się dowiedzieć, co to za miejsce, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Przyznam szczerze, że do tamtej pory nie kojarzyłam nazw wszystkich Wysp Kanaryjskich, więc byłam niemało zaskoczona, kiedy mapy pokazały mi właśnie jedną z nich. 

La Palma widok z satelity

La Palma wśród Wysp Kanaryjskich

La Palma w świecie


Na początku ogarnęło mnie podekscytowanie, jednak po pierwszych poszukiwaniach jakichkolwiek informacji, moje emocje nieco opadły i ekscytację zastąpiło wahanie. Mała wysepka na końcu świata, brak jakiegokolwiek bezpośredniego połączenia, pięciogodzinna podróż promem z Teneryfy o szóstej rano, a do tego jakieś czarne plaże… Nie wyglądało to tak zachęcająco jak zdjęcia Majorki, które wyświetlały się tuż obok.

Plaże na La Palmie

Wulkaniczne plaże na La Palmie

Skaliste wybrzeża La Palmy

Dlaczego zdecydowałam się pojechać na praktyki na drugi koniec świata i to na wyspę, na której praktycznie nic się nie dzieje? Powód był bardzo prosty, ale mnie przekonał niemal od razu - ponieważ gdyby nie to, prawdopodobnie nigdy bym tam nie trafiła. 

A było warto, bo La Palma to niesamowite miejsce!!! 

La Palma Los Tilos wodospad

Roque de los Muchachos na La Palmie


A Wy byliście kiedyś na La Palmie albo którejś z Wysp Kanaryjskich? Jak Wam się podobało?


26 kwietnia

Powiew Buenos Aires

Powiew Buenos Aires



Czyli jak poznałem, czym jest Tango


Znacie to uczucie, kiedy spełniają się Wasze marzenia? A jeśli by tak połączyć dwie pasje: miłość do muzyki i języka, a przy tym poznać wspaniałych ludzi i ich kulturę?



Była połowa kwietnia, właśnie zeszliśmy ze sceny po kolejnym koncercie z Kumbią. Czarny Kot pękał w szwach i tlen skończył się już dawno. Wyszedłem na zewnątrz zaczerpnąć powietrza i podszedł do mnie Ariel. Znaliśmy się wcześniej głównie z widzenia. Bywałem na jego koncertach, on pojawiał się na naszych próbach, a czasami mijaliśmy się w Księgarni Hiszpańskiej, wymieniając zdawkowe hola albo inne półsłówka w których więcej było kurtuazji niż liter. Tym razem rozmowa też nie była długa:

- Tú no quieres tocar tango? - zapytał swoim argentyńskim akcentem.

Chciałem. I tak to się zaczęło.









Tango w dwóch słowach


Ponieważ późną wiosną kalendarz Kumbii był zapełniony, minęły niespełna 3 miesiące zanim ponownie spotkałem się z Arielem w jego mieszkaniu na Ołbinie. Towarzyszyła nam obowiązkowa mate oraz oraz snująca się z głośników muzyka. Zanim tak naprawdę dobrze usiadłem, Ariel niemal na jednym oddechu opowiedział jak wygląda organizacja u niego w zespole i czego ode mnie oczekuje. Potem przeszliśmy do muzyki. W ciągu pięciu minut okazało się, że moje pojęcie o tangu jest znikome, co jednak nie zraziło Ariela. Wymieniał kolejne utwory, które koniecznie chciał grać, wyszukiwał je na Youtubie, a potem odstawiał matero, chwytał bandoneon, a ja starałem się chłonąć każdy dźwięk, jakby był magicznym wytrychem, dzięki któremu przenosiłem się w rytmiczny świat elegancji i namiętności. Właśnie tak określiłbym tango w dwóch słowach: elegancja i namiętność.






Trudne początki


Po tym pierwszym spotkaniu z mieszkania Ariela wyszedłem pozytywnie nastawiony. Głowa pełna pomysłów i planów najbliższe tygodnie oraz teczka pełna nut. Wróciłem do domu, gdzie od razu zabrałem się do pracy. Kilka partytur było kopią kopii kopii rękopisu przepisanego pewnie przez kalkę, toteż wymagało przepisania na nowo. Z każdym dniem moje nuty pokrywała kolorowa mapa oznaczeń. Wciąż nie mieliśmy jeszcze pełnego składu zespołu, a dodatkowo stłukłem nadgarstek i przez 3 tygodnie grałem głównie lewą ręką. Pojawił się Paweł, basista, z którym mogliśmy pracować nad muzycznymi detalami. Mimo bólu ręki, który mocno ograniczał moje możliwości, całość zaczęła nabierać kształtów. 






Moje pierwsze tango


Spośród wszystkich utworów, do których nuty otrzymałem od Ariela podczas pierwszego, ale także kolejnych spotkań, większości nie znałem. Do tej pory tango kojarzyło mi się głównie z Astorem Piazzollą. To właśnie jego Oblivion jako pierwszy poszedł na warsztat. Spokojny, prosty i klimatyczny, w którym nie brak miejsca na własną inwencję. Pozwolił nam wyczuć się wzajemnie i zgrać zespół, a jednocześnie zawsze pozostawia nam pole do interpretacji i improwizacji, a wszystko to na stabilnym gruncie. Potem poszliśmy w nieznane, a po tym magicznym świecie prowadził nas Ariel.






Czym jest tango?


Podczas gdy my doskonaliliśmy nasz warsztat, Ariel uzyskał certyfikat instruktora tanga wydany przez Związek Nauczycieli, Tancerzy i Choreografów Tanga Argentyńskiego. Jak nam później opowiadał, aby zdać egzamin nie wystarczy tylko znać kroków. Trzeba wykazać się znajomością kultury argentyńskiej, jej tradycji i historii. Bo tango to nie tylko muzyka z akcentem i panie w pięknych sukniach. Tango to wieloletnia tradycja wspaniałego narodu, jego duma i najbardziej, obok Messiego, rozpoznawalny znak. To przede wszystkim wspaniali ludzie, których spotykamy przy okazji każdego koncertu i festiwalu. To środowisko, w którym obowiązują zasady, z których najważniejsza jest taka, że każdy jest mile widziany. Raz komuś pomożesz zawiązać krawat, innym razem ktoś pokaże ci podstawowe kroki i figury. Może się zdarzyć, że nagle obok ciebie na scenie pojawi się kędzierzawy jegomość z piwem w ręku i zapyta, czy może z tobą zagrać na 4 ręce.






Jak grać tango?


Mi się to zdarzyło: w czerwcu na festiwalu tanga w Brzegu. Tak poznałem Pablo Murgiera oraz resztę chłopaków z Los Milonguitas Tango. Niezbędna okazała się podzielność uwagi. Z jednej strony przedstawienie trwało, parkiet pełen par tańczących w rytm muzyki. Z drugiej stojące przede mną nuty, na których musiałem się skupić, aby ta muzyka miała rację bytu. Obok zaś Pablo - istna kopalnia pomysłów na interpretację - bawił się muzyką, nie oszczędzając przy tym klawiatury. Nagle poczułem się jak uczeń na letnich kursach. Jak zatem grać tango? Właśnie w ten sposób! Z fantazją, odważnie, ale zawsze tak, by tańczący wiedzieli, kiedy którą nogą postawić kolejny krok.








Czym jest tango dla Was? Mieliście już okazję tańczyć, słuchać albo może grać tango?







Leman





05 kwietnia

Erasmus, czyli dlaczego w Almerii jedzą kluski

Erasmus, czyli dlaczego w Almerii jedzą kluski


Wyjechałam na Erasmusa do Hiszpanii niemalże równo pięć lat temu. Miałam 20 lat, głowę pełną idealizmu i ambicji, nieskażoną jeszcze trudną rzeczywistością, która objawia się jakiś czas po studiach. Czułam, że mogłam wszystko. W dodatku chciałam się rozwijać, zapychać głowę hiszpańskością i ćwiczyć kastylijski akcent, który wówczas niesamowicie mi się podobał. Bo niby gdzie mam się nauczyć hiszpańskiego lepiej niż w Hiszpanii? Ale czy gdybym mogła cofnąć czas i zmienić swoją decyzję dotyczącą wyjazdu na Erasmusa, zrobiłabym to?


Tak.



Nie będziesz miała problemu, żeby się dostać na erasmusa” - mówili


Odkąd tylko zaczęłam studia, wszyscy znajomi ze starszych roczników namiętnie podkreślali jedną rzecz - zdecydowanie ogromnym plusem tych studiów był fakt, że praktycznie każdy miał szansę wyjechać na Erasmusa. Nie było konkursów, rozmów kwalifikacyjnych czy stu osób ubiegających się o jedno miejsce. Co prawda od naszych wyników na studiach zależało prawdopodobieństwo dostania się do wymarzonego miejsca, ale sam wyjazd był raczej pewny. 


Aplikacja na Erasmusa wcale nie była taka łatwa

Zabrałam się za wypełnianie dokumentów już w pierwszym możliwym momencie. Od początku wiedziałam, że zdecyduję się na semestr letni, ponieważ bałam się, że sobie nie poradzę, wyjeżdżając już na zimowy, po zaledwie roku studiów na filologii hiszpańskiej. Pamiętam wciąż tę ogólną ekscytację - podliczanie średniej, opis siebie, wybór miejsca… No właśnie, tutaj utknęłam. Gdybym się nad tym dłużej zastanowiła to powinnam była pewnie sprawdzić ofertę uniwersytetów, ich opinie, ofertę kulturalną danego miejsca, łatwość dotarcia tam z Polski… Oczywiście. Zamiast tego sprawdziłam położenie, dostęp do morza i średnią temperaturę roczną. W ten sposób wybrałam Almerię.

Promenada w Almerii


Czy Almeria na semestr Erasmusa to był dobry pomysł?

Almeria nie jest może centrum Hiszpanii ani erasmusowego świata, ale uroku zdecydowanie jej nie brakuje. To całkiem spore (choć, jak na te rozmiary, słabo zaludnione) miasto na południowo-wschodnim krańcu Hiszpanii. Almeria jest stolicą jednej ze wspólnot autonomicznych w Andaluzji. Pewnie gdybym miała choć trochę wiedzy o współczesnej Hiszpanii, wiedziałabym, że Andaluzja charakteryzuje się dwoma rzeczami - flamenco i cholernie trudnym do zrozumienia akcentem. Niestety takiej wiedzy nie posiadałam i do podjęcia decyzji o wyjeździe wystarczyła mi bliskość plaży i ciepełko. A szkoda, bo może zastanowiłabym się dwa razy. Efekt był taki, że na każdym kroku słyszałam (jak już zrozumiałam, czyli średnio za piątym razem), że jeśli zrozumiem akcent z Almerii to nie będę miała problemów ze zrozumieniem żadnej innej odmiany hiszpańskiego. Łatwo im mówić, to nie oni stali w supermarkecie bite 5 minut wlepiając okrągłe jak pięciozłotówki gały w sprzedawczynię, która starając się nie wypluć czterech, ogromnych klusek zapytała czy chciałabym reklamówkę. 

Almeria z góry

Zamek w Almerii

Pomnik Jezusa w Almerii


W Almerii wszyscy jedzą kluski

Naprawdę. I to bez przerwy, w dodatku mielą je, jakby były mordoklejkami. Słowo daję, przecież nie ma innego wytłumaczenia na to, że ktoś w taki sposób wypowiada słowa. Jeśli kojarzycie scenę z kultowego „Misia” to na pewno wiecie, o czym mówię. Tyle że zamiast seksownego brytyjskiego akcentu wychodzi… almeriense. Musicie o mnie wiedzieć jedną rzecz - jaram się akcentami w hiszpańskim. Na długo przed tym, jak rozpoczęłam swoją filologiczną przygodę byłam zauroczona meksykańskim. Ba, nawet jeszcze na początku studiów kastylijski wydawał mi się zbyt grubo ciosany. Chcąc nie chcąc później się w nim zakochałam, przez co dążyłam do językowej czystości w swoich wypowiedziach. Nawet nauczyłam się seplenić! Dlatego właśnie, kiedy pojechałam do Almerii przeżyłam szok. Jak miałam niby wyćwiczyć swój kastylijski akcent, skoro tu nikt nie był nawet na tyle ambitny, żeby kończyć wyrazy? Na szczęście późniejsze życie, poznani latynosi i wyjazd na kolejną erasmusową przygodę skutecznie wyplenił ze mnie puryzm, oduczył seplenić i na nowo rozkochał w latynoskich wersjach akcentów. Ale o tym jeszcze Wam kiedyś opowiem ze szczegółami 😊

Widok na Almerię z Alcazaby

Alcazaba w Almerii

Czy na Erasmusie trzeba się uczyć?

Mój Erasmus upłynął pod znakiem domówek, na których zbierało się kilkadziesiąt osób, hektolitrów przelanego wina, Wielkanocy z pierogami z koziego sera, podpisywanych namiętnie flag Hiszpanii, podróży małych i dużych i nocy spędzanych w La Clásice. Przytyłam niebotyczną ilość kilogramów (grunt, że dzięki pysznemu jedzeniu), spaliłam skórę na seksowną czekoladę, a włosy urosły mi do pasa i rozjaśniały u nasady do pożądanego odcienia. 

Wielkanoc w Almerii

Widok na Almerię w Hiszpanii

Oczywiście wiele było przyjaźni zawieranych na całe życie, które jednak nie przetrwały próby czasu, parę chwil spędzonych przed laptopem w pokoju, a także sporo rozczarowań. Największe z nich pojawiło się wtedy, kiedy oczekiwania (i zasłyszane opowieści) zderzyły się z rzeczywistością i okazało się, że na Erasmusie jednak trzeba się czasem uczyć. Co prawda nie było tej nauki tak dużo jak na studiach w Polsce, ale była nieporównywalnie trudniejsza, kiedy budynek uniwersytetu mieścił się 200 metrów od morza. 

Droga na Uniwersytet w Almerii

Jeden z przedmiotów wymagał cotygodniowego zaangażowania, czytania niezliczonych stron tekstów i komentowania ich na grupowym forum, ale reszta przebiegała dość bezboleśnie… Do czasu. Przed egzaminem z jednego z przedmiotów zakuwałam dniami i nocami tylko po to, żeby zobaczyć na nim kompletnie nie to, czego spodziewali się chyba wszyscy i w dodatku z punktami ujemnymi za niepoprawne odpowiedzi. Fantastycznie. Zmarnowałam co najmniej trzy dni plażowania, ale przynajmniej udało mi się to zaliczyć, a później mogłam już cieszyć się wspaniałą pogodą, wycieczkami z moją ukochaną paczką erasmusów i wspólnymi kolacjami u Tío Toma.

Almeria nocą

Czy żałuję takiej decyzji wyjazdu na Erasmusa do Hiszpanii?

Często się zdarza, że ktoś pyta mnie, czy gdybym mogła cofnąć czas to zmieniłabym swoją decyzję dotyczącą wyjazdu na Erasmusa - nie wyjechała wcale, bo to przecież pół roku tak daleko od domu i przyjaciół albo zmieniła kierunek, jako że Almeria nie jest wcale centralnym ośrodkiem Erasmusów w Hiszpanii - moja odpowiedź pozostaje niezmienna: tak. 

Tak, gdybym mogła cofnąć czas i trochę pozmieniać w swojej przeszłości z czasów poprzedzających złożenie dokumentów, zrobiłabym to. Zmieniłabym datę, wyjechała już na semestr zimowy i została tam na cały rok.

Jeśli wciąż wahacie się czy warto wyjechać na Erasmusa to przestańcie. WARTO. 

Panorama Almerii Latynosi pod Lupą

Latynosi pod Lupą w Alcazabie w Almerii


Jeśli macie jakieś pytania dotyczące Erasmusa albo życia w Hiszpanii - pytajcie śmiało! Mieszkaliśmy w ramach Erasmusa w Almerii, Walencji i na Kanarach, pracowaliśmy pod Barceloną, a oprócz tego sporo podróżowaliśmy po całej Hiszpanii. Chętnie pomożemy, doradzimy i wesprzemy 😉



M.

Hawana, czyli miasto kontrastów

Kuba od dawna zawzięcie walczyła o pierwsze miejsce na naszej liście miejsc do zobaczenia. Jej rywalką do zaszczytnego pierwszego miejsc...