31 marca

Nasza głuchota



Dzisiaj przenosimy się do Boliwii z okazji trwających tam wyborów. Prezentujemy Wam dość bezpośrednią wypowiedź jednego z pisarzy, dzięki której możemy się dowiedzieć, jak naprawdę wygląda tam polityka.






Prawdopodobnie jest wynikiem wystrzałów armatnich podczas Wojny o Pacyfik, a może moździerzy z Wojny o Chaco; możliwe, że swój udział mają także bombardowania Rewolucji z ’52, a nie mniejszą winę ponoszą tysiące pocisków, wypluwanych przez żołnierskie strzelby w czasach dyktatury. W rzeczywistości nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, który z tych piekielnych hałasów wywołał naszą głuchotę, być może dlatego, iż jest ona tak poważna, że nawet nie słyszę głosu pamięci.

Problem braku słuchu jest ogromny (a mówię to bez słyszenia samego siebie), zwłaszcza jeśli wciąż nie zdajemy sobie sprawy z braku tego zmysłu (co połączone z utratą zdrowego rozsądku jeszcze bardziej komplikuje naszą sytuację) i sądzimy, iż rozmawiamy między sobą, kiedy tak naprawdę jedynym, co powstaje jest zbiorowy monolog. W tym kraju głuchych dialog jest tylko iluzją. A my, tak łatwowierni, gdy widzimy w telewizji ministrów i przywódców siedzących wokół stołu, łykamy historyjkę o tym, że prowadzą dialog. Oczywiście, kiedy nikt nikogo nie słucha, przetrwają konfrontacje.
 
W ten sposób nie powinno nas dziwić to, co wydarzyło się w październiku 2003 roku*, ponieważ to jedynie skutek naszej głuchoty. Głuchy prezydent, który nie dosłyszał burczenia milionów wygłodniałych żołądków; głusi ministrowie, którzy nie mogli zrozumieć próśb obywateli; głusi przywódcy, którzy nie słuchają nikogo, poza nimi samymi; głuchy naród, który nie chce już więcej słuchać obietnic i potrzebuje natychmiastowych rozwiązań. Wszystkie te elementy, którego wspólnym mianownikiem jest głuchota, zbiegły się i powiększyły tamtego tragicznego października.

Gdyby nie byli głusi, na pewno żołnierze usłyszeliby krzyki ofiar padających od kul z ich karabinów, pojawiłoby się w nich coś na wzór współczucia i prawdopodobnie wycofaliby się do swoich kwater. Gdyby przywódcy posłuchali, być może usłyszeliby to samo, co powinni byli usłyszeć żołnierze i nie kontynuowaliby podnoszenia na duchu, popychając naród ku śmierci. W końcu, gdyby nikt nie był głuchy, na pewno nie byłoby zabitych.

To, że my jesteśmy głusi to już jest problem; ale to, że prezydent, jego ministrowie, przywódcy albo jakakolwiek osoba rządząca ludźmi jest pozbawiona  zmysłu słuchu – to już chaos. Ile kosztuje tych panów kupienie aparatu słuchowego? Klasa polityczna mogłaby przeznaczyć cokolwiek ze swoich diet, gratyfikacji, bonów i innych dodatków, żeby nabyć to niewielkie, acz bardzo przydatne urządzenie. W tym samym celu klasa przywódców mogłaby wykorzystać pieniądze z grzywien, które pobiera od biorących udział w pochodach i blokadach (i których nikt nie kontroluje). Oczywiście, tylko jak moja sugestia dotrze do głuchych uszu; może lepiej nie kontynuuję.

W każdym razie są czasami tak silne detonacje, że przenikają przez uszy, tworząc złudzenie dźwięku; niemniej jednak to tylko pomnaża problem. Na przykład dynamit pana Picachuri. Eksplozja była tak ogromna, że była w stanie zagłuszyć lament ośmiu milionów Boliwijczyków opłakujących porażkę z Chile*. Mogło się wydarzyć coś zupełnie przeciwnego – gdybyśmy zwyciężyli, eksplozja radości skazałaby na ciszę poświęcenie byłego górnika. Jednakże wydarzyło się to, co się wydarzyło – Picachuri nacisnął przycisk detonatora i uciszył zespoły przygotowane do maratonu folklorystycznego, co nie jest tak poważne jak uciszenie płaczu wdów i sierot, które z tego powodu cierpiały. A nie był to „tuzin panów z pieniędzmi i władzą”, byli to tylko dwaj źle opłacani funkcjonariusze policji.

Gdyby się nad tym lepiej zastanowić, być może uszka działają i tak naprawdę jesteśmy, jak określiłby to Papirri, głusi duszą. Najgorsze jest to, że dla tego typu głuchoty nie istnieje żaden aparat słuchowy, który by zadziałał; niestety ten typ choroby leczy się tylko Październikami. Tak, ten szczególny rodzaj głuchoty nie uznaje środków uśmierzających – albo się ją leczy, albo się na nią cierpi. Cierpienie na nią oznacza skazanie się na powolną śmierć; leczenie jej nie jest jednak mniej bolesne, ale przynajmniej zapewnia nam nadzieję na lepsze czasy.

Po tym, co wydarzyło się z UD* i jego kandydatami w Beni, byliśmy na skraju kolejnego Października, lub w tym wypadku, „Czarnego Marca”, ponieważ czekano na to, aż zwolennicy Ernesto Suáreza powstaną przeciwko instytucjom państwowym, a w Trinidad paliła się Troja*. Na szczęście krew nie dotarła do rzeki. W zasadzie nie było ani kropli krwi dzięki inżynierowi Suárezowi, który potrafił uspokoić oburzenie swoich ludzi. Ernesto pokazał nam, że potrafi słyszeć, że posiada zdrowy rozsądek, który określa dobrego przywódcę.

Z drugiej strony widzimy naszych głównych rządzących, Evo Moralesa i Álvaro García Linerę, którzy nie tylko wzbraniają się przed słuchaniem tych, których nie są ich politycznymi zwolennikami, ale również popełniają poważne błędy wyborcze, a nawet konstytucyjne grożąc regionom nie wspieraniem ich z różnego rodzaju działalnościami, jeśli ci nie poprą kandydatów partii rządzącej. Czy to możliwe, że prezydent i wiceprezydent zapomnieli o pracach realizowanych z naszych pieniędzy? To oni zarządzają pieniędzmi wszystkich Boliwijczyków i Boliwijek, i to oni są zobowiązani do przynoszenia korzyści z tychże zasobów całej populacji, będąc w większości czy też mniejszości. Ale czemu służy mówienie im tego, skoro wielu próbowało i poległo, ponieważ nasze grube ryby cierpią na głuchotę. Tak samo oskarżenie ich za robienie kampanii, kiedy prawo wyraźnie tego zabrania, niczego nie zmieniło, ponieważ czynili to nadal i wydaje się nawet, że z większą chęcią, być może bojąc się porażki biało-niebieskich*.

Oby jednak nasza dzisiejsza głuchota okazała się czymś przydatnym, w ten sposób, abyśmy my, Boliwijczycy, pozostali głusi na groźby partii rządzącej i zagłosowali na tego, kogo wskaże nasze sumienie, bez jakiejkolwiek presji. 







____

* Październik 2003  Prezydent Boliwii, Gonzalo Sánchez de Lozada, zrzeka się stanowiska i wyjeżdża do USA; zmiana rządu
30.03.2004 – zamach terrorystyczny Picachuriego. Tego samego dnia Boliwia przegrywa prestiżowy mecz u siebie z Chile 0:2 w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata 2006.
* Unia Demokratyczna, opozycyjna partia Eduardo Suáreza
* Unieważnienie partii UD za przeprowadzanie własnych sondaży
* z hiszp. albiazules; nawiązuje do kolorów partii MAS-IPSP (Ruch na rzecz Socjalizmu) rządzącej od 2006 roku. To bardzo długo, ponieważ ich poprzednicy rządzili po 2-4 lata. Ci boja się, że stracą władzę.





(tekst oryginalny: Willy Camacho, Nuestra Sordera, 29.03.2015, Página Siete
źródło zdjęcia: http://www.paginasiete.bo/u/fotografias/fotosnoticias/2015/3/27/gal-58451.jpg)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli spodobał Ci się nasz post, pozostaw po sobie jakiś ślad w postaci komentarza, będzie nam bardzo miło :) Pozdrawiamy i zapraszamy Cię do nas ponownie!

Tajemnica piosenki Madonny "La Isla Bonita" rozwiązana!

“UWAGA: Hotel znajduje się na La Palmie (Wyspy Kanaryjskie); NIE w Palmie na Majorce ani Palmie na Gran Canarii”, czyli o tym, jak pojech...