28 listopada

Latynoameryka w huaraches, la primera parte.




Marzenia się spełniają - zarówno te ogromne, jak i te niewielkie. 
Nasze spełniło się nieco ponad tydzień temu, kiedy mieliśmy przyjemność porozmawiać z jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci, jaką poznaliśmy na Uniwersytecie Wrocławskim. 
Przed Wami profesor Jerzy Achmatowicz - podróżnik, pasjonata, unikatowa osobowość. 





** Zatoka Meksykańska, rok 1981



Jak zaczęła się Pańska przygoda z Ameryką Łacińską?

Moja przygoda z Ameryką Łacińską zaczęła się w ten oto sposób, że byłem na obozie w Łebie w 1974 albo 1975 roku ubiegłego wieku i przyjechali Chilijczycy po zamachu Pinocheta. No i się z nami spotkali, śpiewali itd. itd., ale człowiek ani w ząb, więc tak głupio. Wróciłem, a już byłem asystentem w Instytucie Filozofii, Socjologii i Logiki naszego Uniwersytetu, który wówczas nosił imię niejakiego… Bieruta, i zapisałem się na kurs języka hiszpańskiego, który prowadził jeden, obok profesora Sawickiego, z twórców wrocławskiej  iberystyki, dr Zygmunt Wojski. I tak się zaczęła moja przygoda – najpierw z hiszpańskim, a później wysłałem aplikację na stypendium do Meksyku i wielkim cudem udało mi się pojechać. Cud ten polegał na tym, że decyzje podejmowane były w trakcie strajków roku 80-go, w związku z tym moja hipoteza jest taka, że biurokraci z Warszawy powiedzieli: „no to trzeba wysłać jakiegoś prowincjusza, żebyśmy się mogli wykazać”. I tak właśnie to działało, prawda pani Moniko*? Pani Moniki jeszcze na świecie nie było, dlatego boi się mówić.


Jaki jest tamten świat od wewnątrz? Jak się tam mieszkało?

W Ameryce Łacińskiej przebywałem w sumie 15 lat. Najpierw w Meksyku, to było to dziesięciomiesięczne stypendium, później byłem profesorem wizytującym na Uniwersytecie Autonomicznym w Texcoco, właściwie w Chapingo, gdzie pracowałem prawie 3 lata, a później wylądowałem w Chile w 1989 r., skąd wróciłem w grudniu 2001 r.
Targ w Solola (Gwatemala)
Mnie się mieszkało fenomenalnie. Jakoś tak szczęśliwie udało mi się dosyć szybko złapać język, wtopić się w ten świat latynoamerykański. Miałem kurs języka hiszpańskiego, gdzie było dwóch Polaków, więc natychmiast zrezygnowałem i poszedłem gdzie indziej, bo nic by z tego nie wyszło, prawda? W czasie całego pobytu w Meksyku mój dzień zaczynał się od prasy meksykańskiej, którą czytałem ze słownikiem. Najpierw co drugie słowo, potem co trzecie, co czwarte, etc. i tak to rosło. Chodziłem do kina, do teatru… Meksyk pod tym względem jest bardzo przyjazny, bo tani, a z karnetem stypendysty wszystko było jeszcze tańsze. Oczywiście w krajach latynoamerykańskich, jak na całym świecie, istnieją różnego typu zagrożenia, ale ja zawsze uważam, że jeżeli ktoś nie kreuje się na bogatego turystę, na kogoś, kto patrzy z góry na tych wszystkich oberwańców, nic mu nie będzie. Ja chodziłem po najgorszych dzielnicach Meksyku. Pewnego dnia moja gospodyni, doña Margarita Mendizábal, pyta: Gdzieś był? Ja mówię: Byłem tu i tu. A ona na to: Noś chyba zwariował! Przecież tam nikomu nie wolno wchodzić! A ja w swoich huaraches (typ sandałów, używany głównie przez Indian i hippisów) wszędzie łaziłem, zresztą to samo się powtórzyło w Santiago. W ciągu tych 15 lat w Ameryce Łacińskiej przydarzył mi się jeden przypadek – przez moją własną głupotę. Mianowicie, jak byłem na wyprawie na Jukatan, zostawiłem na widoku w samochodzie dwa aparaty fotograficzne. Samochód był wypożyczony z uniwersytetu, w związku z tym miał bardzo wątpliwe zamknięcie. Jedynym usprawiedliwieniem jest to, że byłem bardzo zmęczony i chciałem jak najszybciej rozbić namiot i myślałem, że jak jest druga w nocy to nic się nie stanie, no ale jednak.


Które miejsca najbardziej zapadły Panu w pamięci?

WOW! Bardzo dużo. Pierwszy szok, kiedy zbliża się do terytorium meksykańskiego to ten, gdy nadlatuje się nad miasto Meksyk i ono się nigdy nie kończy. To jest olbrzymia, gigantyczna historia. Człowiek się wychyla przez to okienko i miasto, miasto, miasto, i nie wie, kiedy będzie lądować. Drugie wrażenie to ruiny Teotihuacan, bo jak to się widzi na żywo, w naturze i w kolorze to jest coś nieprawdopodobnego.


Ostatnia kobieta z plemienia Alacalufe
I oczywiście dla mnie pozostaje cały czas w pamięci to, co stanowi stan Chiapas w Meksyku, głównie ze względu na ruiny Majów, jedne dostępne bez problemów jak te w Palenque, ale również takie jak Yaxchilan czy Bonampak, czyli w tamtych czasach trudno dostępne ruiny, do których udało mi się dostać przez Selvę Lakandońska. Spotkałem tam Lakandonów, plemię, które nadal pozostaje na swoim poziomie rozwoju i nie integruje się z resztą kraju. No i kolejnym pejzażowo-kulturowym fenomenem, który zapadł mi w pamięci jest właśnie Jukatan, który wygląda fantastycznie. Koledzy archeolodzy opowiadali, że mają na Jukatanie zarejestrowane 2,5 tys. miejsc archeologicznych, a drugie tyle jest prawdopodobnie niezarejestrowane. Natomiast Chile to przede wszystkim genialne miejsca przyrodnicze i geograficzne, począwszy od Torres del Paine, w części patagońskiej Chile, cała Cieśnina Magellana, kanał Beagle, Ziemia Ognista, etc. W części chilijskiej Patagonii, na północ od Punta Arenas spotkałem ostatnią kobietę z plemienia Alacalufe. To było coś nieprawdopodobnego, zdjęcia zresztą do tej pory mam i zawsze pokazuję.


Pustynia Atakameńska
I kontrastowo, na północ – San Pedro de Atacama i Pustynia Atakameńska, to jest kompletny odjazd. To jest tak halucynacyjna historia, a przy tym wszystkim cały czas w Chile towarzyszy nam niebo południowej półkuli, które się totalnie różni od naszego. Procent rozgwieżdżenia w stosunku do półkuli północnej jest, powiedzmy, 50% większy. Wisi nad głową Krzyż Południa, gdzieś tam świecą się trzy Maryśki, (las Tres Marías), i jest takie wrażenie, że to niebo się za chwilę osunie na czoło. Odjazd kompletny.


Gdyby mógł Pan zamieszkać w jednym kraju Ameryki Łacińskiej, który by to był?

No to bym się musiał rozedrzeć na pół. 

A może jednak Polska?

Profesor na Popocatépetl; 5426 m.n.p.m.!
Ja przeciwko mojej ojczyźnie nie mam absolutnie nic. Tak się akurat złożyło, że największe uznania i honory, jeśli chodzi o moją robotę miały miejsce tam, a nie tu, ale jak mówi Pismo: nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Ale wydaje mi się, że mam jeszcze tyle do zrobienia tutaj, myślę przede wszystkim o moich studentach, o moich kolegach i koleżankach. Nawet ostatnio przyniosłem taki biały kruk, który nabyłem 100 lat temu w Meksyku: Bibliografię Meksykańską z wieku XVI Joaquina Garcii Icazbalceta. Tak się zastanawiam, co z tym zrobić po odejściu z tego świata, bo przecież jak zostanie u mnie w domu, to nie będzie nikomu służyć. I o tym też muszę pomyśleć, bo czas biegnie, prawda?


Dlaczego zdecydował się Pan na powrót do Polski?

Jak się moi Polonusy – przyjaciele dowiedzieli, że wracam do Polski to wszyscy się stukali w czoło. Dlaczego? Dlatego, że ja w Chile miałem w tamtym czasie pozycję, więcej niż dobrą, bo mieszkałem w stolicy, byłem oficjalnym tłumaczem MZS polsko-hiszpańskim i hiszpańsko-polskim, byłem na najwyższym statusie na Uniwersytecie Diego Portales, świetnie zarabiałem jako tłumacz (nie powiem wam jakie stawki, ale nie ma nic wspólnego z naszymi stawkami)… i nagle ta decyzja. Normalnie się odpowiada: z przyczyn osobistych. Tak wyszło, ale rzeczywiście to była kwestia tego, że w momencie kiedy moje sprawy prywatne w Chile się rozwiązły, to w pewnym momencie stanąłem na głównej ulicy w Santiago de Chile, Alamedzie, i mówię: co ja tu robię? Pomyślałem sobie, że przecież ja już nic tutaj nie mam do zrobienia, wracam do kraju.


Wraca Pan tam czasem?

Staram się być prawie co roku. To oczywiście nie jest łatwe, bo to są pieniądze. Ostatni raz byłem w zeszłym roku na Światowym Kongresie w Santiago de Chile, który był poświęcony podróżnikom i badaczom Ameryki Łacińskiej: Humboldtowi, Claudio Gayowi i Ignacemu Domeyce. Jak się dowiedziałem to natychmiast zorganizowałem swój wyjazd. Ale tam miałem wystąpienie nie o Domeyce, a na temat wyprawy Francisco de Orellany. Także staram się co roku jeździć, czy to do Meksyku, czy to do Chile, czy to związku z wydarzeniami naukowymi. Byłem w 2008 roku na kongresie hispanistów południowoamerykańskich. Odbywało się to w stolicy stanu Minas Gerais w Belo Horizonte i tam miałem wystąpienie na temat domniemanego autora narracji o objawieniach gwadelupskich, tubylca meksykańskiego Antonio Valeriano. Także wracam, wracam z chęcią i od razu jak ląduję, zamieniam się w Chilijczyka, Meksykanina, Kolumbijczyka czy kogokolwiek.

Torres del Paine


Skąd u Pana zainteresowanie kulturą prekolumbijską?

To się bierze jeszcze z okresu, kiedy pracowałem w Uniwersytecie Wrocławskim, bo jestem trochę jak ten kot, który ma 9 żyć. Ja uniwersyteckich żyć mam cztery… nie wchodźmy w szczegóły. Ongiś, jak wspomniałem, zaczynałem robotę w instytucie Instytut Filozofii, Socjologii i Logiki. Zajmowałem się tam zagadnieniami związanymi z filozofią historii, mając pewne fascynacje związane z postacią Karola Marksa. Wylazła tam taka sprawa hipotezy obywatela Karola Marksa o tak zwanym azjatyckim sposobie produkcji, więc mówię: no to teraz zobaczę, jak to jest z Aztekami. Akurat nadarzyło się to stypendium i na podstawie tego wszystkiego napisałem doktorat, zresztą bardzo niesłuszny, bo wykazałem, że niestety nie ma takiej możliwości, żeby zastosować wspomniany model do społeczeństwa azteckiego. Był skandal, ale się obroniłem. Jak zwykle zresztą. 


Palenque
To był 1986 rok, czyli 100 lat temu, ale to pierwsze dotknięcie tamtej kultury pozostawiło głęboki ślad. Nie wracałem do tego długi czas, ale ostatnim zakupem książkowym w czasie pobytu na Uniwersytecie w Chapingo była właśnie ta książka [Bibliografia Meksykańska]. To jest trochę jak przeznaczenie, jak metafizyka. Nie zaglądałem do tej książki X lat, bo w Chile nie zajmowałem się kulturami prekolumbijskimi tylko teorią stosunków międzynarodowych, zresztą napisałem książkę na ten temat. Zajmowałem się innymi rzeczami i jak wróciłem do Polski, i zainstalowałem się w tym instytucie, zresztą trochę jako ciało obce, bo ja nie jestem filolog w końcu, to zastanawiałem się, czym ja się będę zajmował.
Pierwszy pomysł był taki, żeby zająć się filozofią tłumaczenia, ale doszedłem do wniosku, że to nudne i nie ma o czym gadać. Natrafiłem nagle na problematykę związaną z objawieniami gwadelupskimi, z postacią Juana Diego i myślę: ach! To ja to łapię. Żeby objaśnić dobrze kwestię związaną z objawieniami, które zostały zarejestrowane przez Antonio Valeriano w języku nahuatl, trzeba było trochę poznać ten język. Nie znam go na tyle, żeby się porozumiewać, ale na tyle, żeby pewne rzeczy wyjaśniać. Przede wszystkim trzeba było poznać kulturę prehiszpańską, bo Matka Boska z Guadalupy jest na wskroś indiańska, nosi na sobie całą symbolikę indiańską, nałożoną albo sąsiadującą z symboliką chrześcijańską. To jest coś fenomenalnego, prawda? I dlatego też wróciłem do tej problematyki. Przyczyna była również bardzo prozaiczna, bo trzeba było zapełnić pewną lukę dydaktyczną, jako że prehiszpańskimi historiami zajmował się dr Zygmunt Wojski, ale już był troszeczkę na wylocie, więc to ja zająłem tę lukę i dzięki temu mam co robić.


Plaża w okolicy Atacames (Ekwador)





I jak wrażenia? Głodni kolejnej części wywiadu?


Ciąg dalszy dostępny jest TUTAJ



______
* przy rozmowie obecna była dr Monika Głowicka
** wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnego zbioru Profesora

4 komentarze:

  1. Czekam na kolejną część - niesamowita postać i niesamowite historie! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dr Achmatowicz to niesamowity człowiek! z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy ! :) Pozdrowienia z Kanarów ! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Druga część dostępna jest tutaj:
      http://latynosipodlupa.blogspot.com/2015/12/latynoameryka-w-huaraches-parte-2.html
      Pozdrawiamy z chłodnego Wrocławia :)

      Usuń
  3. Dr Achmatowicz to niesamowity człowiek! z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy ! :) Pozdrowienia z Kanarów ! :D

    OdpowiedzUsuń

Jeśli spodobał Ci się nasz post, pozostaw po sobie jakiś ślad w postaci komentarza, będzie nam bardzo miło :) Pozdrawiamy i zapraszamy Cię do nas ponownie!

Tajemnica piosenki Madonny "La Isla Bonita" rozwiązana!

“UWAGA: Hotel znajduje się na La Palmie (Wyspy Kanaryjskie); NIE w Palmie na Majorce ani Palmie na Gran Canarii”, czyli o tym, jak pojech...